W świecie, w którym trendy zmieniają się szybciej niż nasze przyzwyczajenia, coraz trudniej odróżnić własny wybór od wpływu innych. Czy pijemy matchę dlatego, że nam smakuje — czy dlatego, że „tak trzeba”?
Jeszcze kilka lat temu wybór był prosty: espresso, latte albo cappuccino. Dziś menu kawiarni coraz częściej przypomina katalog trendów — matcha na mleku kokosowym, napoje roślinne, estetyka „slow life”. To, co kiedyś było tylko dodatkiem, dziś staje się głównym wyborem. Na pierwszy rzut oka to tylko zmiana gustu. W rzeczywistości jednak za tą zmianą kryje się coś więcej niż moda na nowy napój.
Matcha nie stała się popularna przypadkiem. Jej obecność w mediach społecznościowych, w rękach influencerów, w estetycznych kawiarniach — wszystko to buduje określony obraz: spokoju, zdrowia, kontroli nad własnym życiem. To nie jest już tylko napój. To pewien komunikat. I właśnie w tym miejscu pojawia się kluczowe pytanie: czy naprawdę zaczęliśmy lubić matchę — czy raczej nauczyliśmy się ją lubić?
Mechanizm ten nie jest nowy, ale dziś działa szybciej niż kiedykolwiek. Wystarczy jedna osoba z dużym zasięgiem — aktor, influencer, idol — by coś, co było niszowe, w krótkim czasie stało się powszechne. Zjawisko dobrze znane choćby z kultury popularnej czy branży muzycznej: jeden gest, jeden produkt, jeden obraz — i tysiące osób zaczynają go powielać.
W efekcie granica między autentycznym gustem a wyuczonym przyzwyczajeniem zaczyna się zacierać. Lubimy coś, bo naprawdę nam odpowiada — czy dlatego, że widzieliśmy to wystarczająco wiele razy, by uznać to za „normalne”?
Za tym mechanizmem może jednak kryć się coś jeszcze głębszego. W świecie, który zmienia się coraz szybciej i daje coraz mniej poczucia stabilności, ludzie naturalnie szukają punktów odniesienia. Widząc osoby, którym — przynajmniej z zewnątrz — „się udaje”, próbujemy powielać ich wybory, czasem bardzo drobne. Ten sam napój, te same miejsca, podobna estetyka życia. To nie musi być świadoma decyzja. Raczej próba uchwycenia czegoś, co daje poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Jeśli coś działa u innych — może zadziała też u nas. W ten sposób nawet tak prosty wybór jak matcha przestaje być tylko kwestią smaku, a zaczyna pełnić rolę symbolu: uporządkowanego, „ogarniętego” życia.
To prowadzi do jeszcze jednego zjawiska: mody na samo „lubienie”. W pewnym sensie uczymy się, co warto lubić, a czego nie. Tradycyjne wybory — jak zwykła kawa — nie znikają, ale zaczynają funkcjonować gdzieś obok, często jako coś mniej interesującego, mniej „aktualnego”.
Nie chodzi o to, by odrzucać trendy. Same w sobie nie są problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy przestajemy je zauważać jako wpływ, a zaczynamy traktować jako własny, niezależny wybór.
Fenomen matchy pokazuje więc coś więcej niż zmianę preferencji. Pokazuje, jak łatwo współczesna kultura potrafi kształtować nasze nawyki — często w sposób, którego nawet nie zauważamy.
A może właśnie dlatego warto czasem wrócić do prostego pytania: czy naprawdę to lubię? Bo być może odpowiedź — wbrew trendom — wcale nie jest tak oczywista.
Veranika Kazlouskaya
Zdjęcie: Pexels-Alexey Demidov

